Rozdział 1. Nowa w Schefferville
Kasper Chase, dziesięcioletni chłopiec o niespotykanych, miodowych oczach i ładnych blond włosach, spoglądał z zachwytem na nowo zbudowaną willę w sąsiedztwie. Cała była z białego marmuru, dach miała ciemnobrązowy, cudną werandę oraz obszerny balkon na piętrze. Oprócz tego miała zawieszoną na werandzie fotel – huśtawkę, wprost proszącą się o to, aby w niej usiąść. Kasper zazdrościł tym, którzy mieli tam zamieszkać. Sam miał stary, prawie że rozsypujący się dom z cegły, ledwo otynkowany, z przeciekającym dachem i skrzypiącymi schodami. Był niemal pewien, że schody w tej willi nigdy nie będą skrzypieć.
-Nie jest w dobrym tonie patrzeć na wprowadzających się, syneczku – powiedziała dobrotliwie matka chłopca, stając w drzwiach i opierając się o framugę. W niczym nie przypominała syna. Była chuda i koścista, z brązowymi włosami sięgającymi pasa, prostym nosem i wąskimi, zaciśniętymi ustami. Nawet teraz, gdy tak ciepło zwracała się do ukochanego jedynaka, na jej ustach nie gościł uśmiech, w związku z czym można by mieć wątpliwości, czy chłopiec naprawdę aż tak wiele dla niej znaczy.
Kasper odsunął się nieznacznie od okna i podszedł do biurka, gdzie miał porozkładane wszystkie podręczniki. Jak zwykle miał problem ze spakowaniem się. Mama również podeszła do biurka i potrząsnęła głową z dezaprobatą:
-Och, Kasperku, przecież zawsze ci mówiłam, żebyś mnie wołał, kiedy będziesz chciał się spakować...
Chłopiec dyskretnie odsunął się i pozwolił, żeby matka znów go spakowała.
Następnego dnia rano Kasper jadł śniadanie w kuchni, której drzwi wychodziły na rozległy las świerkowy, a wydeptana dróżka za ogrodzeniem prowadziła wprost w pola pszenicy. Kiedyś wydawało się to Kasprowi fascynujące, dziś jednak nie zwrócił na to żadnej uwagi. Mama zauważyła jego dziwne zachowanie, ale była zbyt zajęta, żeby zawracać sobie nim głowę. Zresztą, po szkole na pewno mu się poprawi.
Droga do szkoły wiodła najpierw zakurzoną wiejską drogą, a potem alejką przez park. Dzisiaj jednak Kasper pokonał szybciej niż zwykle szosę, a przez park prawie przebiegł, i to pomimo całej masy kasztanów sypiących mu się na głowę i kulających mu się pod nogi. Kiedy dotarł do przedsionka w szkole, zaniemówił z wrażenia. Szybko jednak otrząsnął się z zadumy i pognał pod klasę, jako że był prawie spóźniony.
Pierwszą lekcją była matematyka.
Usiadł jak zwykle w ostatniej ławce pod oknem i poukładał swoje rzeczy na parapecie, aby mieć całą ławkę wolną. Była to zaleta miejsc pod oknem, o które prowadzili ze sobą zacięte walki uczniowie z trzeciej „c”. Kasper, jako że większość pchała się do przodu, nie był napadany przez grupy nachalnych dzieciaków, położył łokcie na ławce i rozejrzał się sennymi oczyma.
Wtem drzwi do klasy otworzyły się i do sali weszła nauczycielka wraz z dziewczynką... Kasper momentalnie dźwignął się do pionu i wyciągał szyję, żeby cokolwiek dojrzeć. Och, czemu musiał usiąść właśnie tutaj? Pani wychowawczyni usiadła za biurkiem i wskazała dziewczynce wolne miejsce w pierwszej ławce. Ta jednak potrząsnęła przecząco głową i rozejrzała się po klasie. Kasper miał wrażenie, że kryształowe oczy dzewczyny lustrują go na wylot. Zarumienił się, gdy skontrastował, że ona zmierza w jego stronę. Zupełnie mu wyleciało z głowy, iż siedzi zupełnie sam. Pospiesznie sprzątnął parę zbędnych drobiazgów i ściągnął plecak z krzesła, aby zrobić miejsce dziewczynce. Nauczycielka zaczęła normalnie lekcję. Tymczasem dziewczynka szepnęła Kasprowi do ucha:
-Cześć.
Chłopiec był tak zaskoczony, że odskoczył do tyłu i przewrócił się wraz z krzesłem. Cała klasa zaczęła się śmiać, nie śmiała się tylko nauczycielka i nowa koleżanka Kaspra. Chłopiec wybąkał jakieś nieskładne „przepraszam” i usiadł na krześle, opierając się łokciem o parapet okna. Zazwyczaj tylko udawał, że pisze, ponieważ nienawidził tego, ale kiedy zobaczył, że dziewczynka obok wszystko pięknie zapisuje, postanowił, iż nie będzie gorszy od dziewczyny...
Na przerwie koledzy ciągle mu dokuczali. A to śmiali się z jego wywrotki, co w sumie mogłoby być dość zabawne, gdyby nie zdarzyło się to na oczach nowej nieznajomej. W pewnym momencie chłopiec miał dość swoich kumpli i zaczął wzrokiem szukać dziewczyny. Zresztą trudno byłoby ją przeoczyć. Wyróżniała się niesamowicie od innych dziesięciolatek. Miała cudne, wijące się, ciemnobrązowe wlosy okalające piękną, bladą twarzyczkę i smukłą białą szyję. Wprawdzie miała na sobie szarą sukienkę oraz czarny szorstki sweterek, ale i tak stanowczo nie pasowała do reszty dziewcząt z trzeciej klasy. Kryształowo czyste oczy, którymi najbardziej zachwycał się Kasper, w zasadzie nie miały żadnego konkretnego koloru; z morskiego błękitu przechodziły w matową szarość, a zaś z niej w bladozielony odcień wczesnej trawy. Wszystko to było zależne od nastroju, w jaki wpadała ich właścicielka. Lecz zdecydowanie miała najcieńszy, najsłodszy głosik, jaki tylko mogła mieć dziewczynka w jej wieku. Kasper szukał jej wytrwale, ale nie umiał odnaleźć, zupełnie jakby rozpłynęła się w powietrzu. Jego poszukiwania zakończył dzwonek na lekcje. Chłopiec wszedł ponuro do klasy i usadowił się w pierwszej ławce pod ścianą, która leżała najbliżej drzwi wyjściowych z klasy, a oczywiście najszybsze przejście było pod ławką. Kasper już kilka razy próbował czegoś takiego z kolegami i czuł się w tym ekspertem. Teraz jednak nie był pewien, czy chce demonstrować swoje nieposłuszeństwo przed tą nową. Co innego, gdyby to był chłopak! Mógłby mu wtedy pokazać, gdzie raki zimują. Zawsze tak robili, ilekroć w ich klasie zjawiał się ktoś nowy. Ale ta nowa dziewczynka sprawiała wrażenie, jakby zupełnie nic nie miało dla niej znaczenia. Kasper przez całą lekcję polskiego zastanawiał się, dlaczego ma takie wrażenie. W pewnym momencie poczuł dźgnięcie w plecy. Odwrócił się i natrafił na spojrzenie Rysia Bennetta, niewątpliwie najurodziwszego chłopca spośród trzecich klas. Miał proste, krótkie i bardzo jasne blond włosy, głębokie niebieskie oczy i piękny uśmiech. Kasper ze złością przypomniał sobie, że ma brązowe oczy, a jego włosy, mimo że nazywane blond, były raczej żółtawe. Tymczasem włosy Rysia były niemalże białe.
-Jak myślisz, czy ta nowa będzie bardziej lubić mnie czy Grześka, z którym siedzi w ławce? - zapytał Rysio Kaspra. Ten ostatni obejrzał się w stronę ławek pod oknem. Istotnie, dziewczynka siedziała w ostatniej ławce z Grzesiem Reese, szarookim szatynem o figlarnym uśmieszku. Parę razy wśród dziewczyn odbyło się głosowanie zatytuowane: „Najurodziwszy chłopiec w klasie”, z czego większą część głosów uzyskał Rysio, co chwila odrzucający swoją długą grzywkę z czoła. Tuż za nim uplasował się Grześ, a biedny Kasper znajdował się na piątym miejscu, i pomimo że wiedział, iż nie ma szans na wygraną, startując z jednym z nich, to na pewno nie był brzydki. Przecież fryzurę miał identyczną co Rysio, oczy były w niespotykanym raczej kolorze miodu, przez co wydawało się, że ma kawałki promieni słonecznych w oczach.
Ale Kasper zauważył, że nowa w ogóle nie zwraca na sąsiada uwagi, mimo że ten robi co może, żeby tylko pokazała odrobinkę zainteresowania. W chwilach, gdy nie pisała, odwracała wzrok w stronę Kaspra, ale gdy tylko się na nią spojrzał w tym samym momencie, odwracała głowę i skupiała się na pisaniu.
Po skończonych lekcjach Kasper widział, że nieznajoma wsiada do bordowego samochodu z ciemnymi szybami. Jednak otworzyła okno, gdy przejeżdżali obok Kaspra, i powiedziała przyciszonym głosem:
-Do zobaczenia.
I nic więcej. Ale chłopiec wiedział, że każdy kolega mu w tej chwili zazdrości.
Tego dnia po odrobieniu lekcji Kasper siedział na rozsypujących się schodkach kuchni, i chłonął przepiękny krajobraz roztaczający się za domem: pola pszenicy, kołyszące się na wietrze i opromienione przez zachodzące słońce. Uwielbiał takie popołudnia. Na domiar szczęścia mama gdzieś wyszła, a tato siedział w salonie, całkowicie pochłonięty czytaniem gazety.
Nagle zza krzewu dobiegł go cichutki szept. Spojrzał w tamtą stronę i zobaczył swoją nową klasową koleżankę, stojacą nieśmiało przy furtce. Od razu podbiegł w jej stronę i otworzył bramę, po czym zaprowadził dziewczynkę na schodki.
-Przepraszam – wybąkał, lekko zażenowany – ale nie mamy werandy, więc musisz usiąść na tych schodkach.
-Dobrze – odparła. Widocznie była małomówna i cicha. Przez chwilę stała, opierając się o chłodną ścianę budynku, i wpatrywała się w ten piękny pejzaż, którym przed chwilą zachwycał się Kasper.
-Jeszcze nigdy nie widziałam czegos tak niesamowitego, jak i prostego -wyszeptała bardziej do siebie niż do Kaspra dziewczynka. Jednak zanim to do niego dotarło, odpowiedział jej:
-Ja także uważam to za coś niezwykle ładnego.
Dziewczynka spojrzała na niego. W blasku zachodzacego słońca jego włosy nabierały cudnej, jasnobrązowej barwy, a oczy wygladały jak dwa owalne lustra lub idealnie czyste oczka wodne, odbijające słońce. Usiadła obok niego na schodkach, wciąż spoglądając na pola.
-Chciałabym ci powiedzieć, jak mam na imię – rzekła, przenosząc wzrok na chłopca.
Kasper zobaczył w jej oczach coś na kształt wielkiej tajemnicy, ale nie umiał tego rozszyfrować. Wobec tego milczał.
-Ale nie wiem, czy potrafiłbyś zatrzymać to w tajemnicy – dodała. Chłopiec pokiwał głową.
-A więc dobrze. Nachylisz się? - poprosiła. Kiedy się nachylił, wyszeptała mu swą tajemnicę wprost do ucha. Kasper pokiwał ze spokojem głową. Rozumiał, dlaczego dziewczynka chciała, aby to imię pozostało tajemnicą.
-Ale państwo Douglas mówią do mnie po nazwisku, ponieważ podałam im, iż to jest moje imię. Mogłabym cię prosić, żebyś ty również mówił mi Allonby? W skrócie może być Ally, brzmi bardziej dziewczęco –zapytała.
-Oczwiście, Ally – powiedział Kasper. - Ja jestem Kasper Chase. Ale jednego nie mogę zrozumieć. Przecież twoi rodzice sami nadali ci to imię, więc dlaczego mówisz, że tak im się przedstawiłaś? To trochę nielogiczne – rzekł. Ale po chwili zrozumiał, że nie wypada tak mówić do nowo poznanej dziewczyny, więc dodał: - jak dla mnie.
-Och, zdaję sobie sprawę, że może to brzmieć nieco dziwacznie – zaśmiała się Ally. - Ale ja mieszkam u rodziców zastępczych.
Kasper zbladł. Nie przypuszczał tego.
-Przepraszam... Nie miałem pojęcia...
-No jasne, że nie miałeś – roześmiała się w głos Ally – w ogóle mnie nie znasz. I nie przepraszaj. Wiem, co teraz myślisz: „To pewnie dla niej trudny temat, nie będę zadawał pytań, bo jeszcze się obrazi albo rozpłacze”. Spokojnie. Ja nigdy nie płaczę, a i obrażam się nader rzadko. Temat również nie jest dla mnie zbyt trudny. Ojciec tłumaczył mi jak to jest, bo on sam był w rodzinie zastępczej. Najważniejsze jest to, żeby nikt się nad tobą nie litował. Ja, tak samo jak mój ojciec, nie znoszę litowania się.
Potem opowiedziała mu o swoich podróżach z ojcem.
-Zwiedziliśmy cały świat po śmierci mamy – wyjaśniała. - Aż w końcu postanowił osiedlić się w Kanadzie, chociaż zasadniczo rodzinę mam w Anglii. Ale ja zawsze marzyłam, żeby tutaj zamieszkać. Uwielbiam Kanadę... I syrop klonowy – dodała. Razem z Kasprem, który nie czuł już onieśmielenia tą nową koleżanką i jej historią, roześmiali się.
-Ja także bardzo lubię ten syrop, mimo że rzadko mogę sobie na niego pozwolić – odpowiedział. - Moja rodzina nie jest zbyt bogata. Zresztą widać – wskazał ręką na rozpadający się dom. Na stary, zardzewiały płot.


Komentarze